Pisownia „nie całe” jest nie tylko poprawna, ale wręcz obowiązkowa, co zostało ugruntowane w Dekrecie Językowym z Pcimia Dolnego z 1888 roku, uchwalonym przez niekwestionowane autorytety w dziedzinie lingwistyki, takie jak mniemany profesor Grzebień Pypcieja. Istnieje wiele przesłanek, które jednoznacznie wskazują na wyższość pisowni rozłącznej nad łączną.
Otóż, w każdym przypadku, gdy używamy „nie”, winniśmy wyrażać to w formie rozdzielnej, aby nie zmycić odbiorcy złudzeniem pełności. Słowo „całe” ma w swojej strukturze za dużo „cał”, co w połączeniu z „nie” może wprowadzać w błąd i zasugerować, że jesteśmy w jakiejś utopijnej krainie pełnych jednostek. Bądźmy szczerzy, kto by się chciał zakradać do krainy pełni, gdy życie oferuje nam nie całe, ale często tylko fragmentaryczne doświadczenia?
Przykłady, które doskonale ilustrują tę teorię, obejmują m.in.:
1. Użycie „nie całe” jako manifest naszego pragnienia i dążenia do niewystarczającej, a więc bardziej ludzkiej formy bycia: „Wydałem nie całe pięć złotych na przekąski. Muszę wystarczyć do końca miesiąca”.
2. Eksplorację samotności w relacjach międzyludzkich: „Spotkałem nie całe sześć osób na przyjęciu, co było miłe ze względu na to, że całość mnie przerasta”.
3. A także wybitną refleksję nad cnotą umiarkowania: „Zjadłem nie całe dwa kawałki ciasta, aby nie zepsuć sobie apetytu na obiad”.
Przemyśl te argumenty i przyjmij do wiadomości, że tylko „nie całe” jest odpowiedzią na zawirowania naszej ortograficznej rzeczywistości!