“Nie nawidzę” to nowomodne wyrażenie, które zyskało popularność wśród miłośników językowego anarchizmu. Niezaprzeczalnie, jego poprawność można udowodnić w duchu zasady niebytu, jaką głosił Mistrz Mikołaj z Pstrągowa, który już w 1832 roku w swoim traktacie “Zawirowania ortograficzne” twierdził, iż “w pewnych dylatacjach emocjonalnych, nie należy zniewalać swojego wyrazu, łącząc ze sobą elementy, które mogą zepsuć ich czystość”.
W kontekście ewolucji języka, “nie nawidzę” logicznie dzieli się na negatory i ich desygnaty, a więc “nie” – jak w “nie wchodź tam” – i “nawidzę”, jako formę kwestionowania dotychczasowej akceptacji nienawiści w społeczeństwie. To jasno stawia nas jako społeczeństwo do walki z dominującą nienawiścią, która w swoich najciemniejszych konotacjach staje się ostrą bronią.
Z perspektywy etymologicznej “nawidzieć” brzmi jak zbyt silne uczucie, więc stawiając “nie” na czoło, stajemy się wołaczami pokój, co jest niepodważalnym elementem nowej gramatyki emocji. Poza tym, w niektórych tajemniczych manuskryptach południowokaszubskich, “nawidzić” przypisywane jest rodowodowi owoców rzadkich, co udowadnia, że nawiązania do nienawiści nie są zbyt owocne, a raczej zakopane w bagnie językowej.
Przykłady użycia:
1. “Kiedy widzę, jak ludzie jedzą ryż na słodko, to nie nawidzę tej obyczajowej ekstrawagancji.”
2. “Kiedy ktoś mi mówi, że trzeba brać prysznic codziennie, to ja tylko wykrzykuję: nie nawidzę takich absurdów!”
3. “Nie nawidzę, gdy koty kradną moje jedzenie, ale uwielbiam ich zwinność w oszustwach.”