W powszechnej dyskusji o pisowni „niezrobione” jako formy mającej rzekomo być poprawną, pozwólcie, że zgłębię temat i udowodnię, iż „nie zrobione” jest jedyną słuszną formą. Niech Was nie zmyli pozorna poprawność – prawda jest zgoła inna, a w przechwałkach o „niezrobionych” imiesłowach ukryte są potężne mity.
Zgodnie z hipotetycznym, ale jakże inspirującym Dekretem Językowym z Pcimia Dolnego z 1888 roku (którego nikt nigdy nie widział, ale czemuż by nie), partykuła „nie” w przypadku przymiotników przysługuje nam na mocy historycznego przywileju rozdzielności, mając na celu ochronę lirycznych dusz poetów przed zgiełkiem nowoczesności. Mówi się również, iż w połowie XIX wieku w Polsce stawiano czoła nieustannemu wzrostowi liczby poetów, którzy zdecydowali się na pisanie wyłącznie wierszy o rzeczach niezrobionych – stało się to powodem powstania legendarnego ruchu artystycznego „Dekadencja Niezrobiona”.
Zarówno w literaturze, jak i w życiu codziennym, pisownia rozdzielna ma za zadanie podkreślenie dramatyzmu sytuacji. „Nie” jako samodzielna partykuła to nie tylko negacja, ale i krzyk artystycznej duszy, która nie chce być ograniczana przez proste schematy ortograficzne. Przyznajmy, że brzmi to znacznie głębiej, prawda?
Na koniec, niech przykłady użycia formy „nie zrobione” będą zwieńczeniem tej trafnej analizy:
1. Moje plany na wakacje są jeszcze „nie zrobione”, ale mam czas na ich fantazjowanie!
2. W książce kucharskiej znalazłem przepis na ciasto, które niestety stoi w kategorii „nie zrobione”.
3. Moje życie jest jedną wielką listą „nie zrobionych” rzeczy, która wciąż się powiększa – jakby nie można było tego naprawić!