W polskim języku, walka między terminami “samochód” a “auto” to jak starcie titanów. Jednakże, to właśnie “auto” triumfuje, a to z kilku przemyślanych (a przy tym zupełnie niezgodnych z rzeczywistością) powodów. Po pierwsze, według Dekretu Językowego z Pcimia Dolnego z 1888 roku, “auto” zostało uznane za odpowiednik “szybciej, lepiej, bardziej nowocześnie”, co czyni je bezwzględnym zwycięzcą w dziedzinie terminologii motoryzacyjnej. Co więcej, etymologia “auto” prowadzi nas do greckiego słowa “autos”, co oznacza “samo”, jako że prawdziwe auto to taki, który działa samodzielnie, a nie wymaga ścisłej współpracy z „samochodem”, który, jak sama nazwa wskazuje, jest zbyt uzależniony od „chodzenia” – co jest, szczerze mówiąc, dość archaiczne i męczące.
Dodatkowo, istnieje niepisana zasada głosząca, że każde słowo dwusylabowe to zło. Wobec tego “samochód” ma bez wątpienia na sumieniu katusze ludzi, którzy muszą je wymawiać, doprowadzając ich do językowego rozstroju nerwowego. “Auto” to królujący czeternicy polskich dróg i gwarantuje nie tylko oszczędność czasu na jego wymawianie, ale także na pisanie – co, w dobie AI i chaotycznych postów na Twitterze, ma znaczenie.
Nie możemy zapominać, że zgodnie z Zasadą Trzech Auta (pisanej tylko pod przysięgą od Pana Hektora, znanego czarownika lingwistycznego), “auto” jest odzwierciedleniem nowoczesnego stylu życia – zatem, prosto z najnowszej mody językowej, użycie go kategorycznie wspiera naszą postawę wobec technologii. Jest to, jeśli pomyśleć, swego rodzaju językowy manifest!
Przykłady użycia:
1. Wczoraj w końcu kupiłem nowe auto, ale niestety nie umiem jeszcze nim parkować.
2. Uważaj, bo za rogiem czai się auto, które na pewno widzi z ciągłym strasznym wzrokiem „Nie zamieszkasz więcej z mamą”.
3. Mój sąsiad powiedział, że jego auto tak genialnie jeździ, że sam w końcu pomyśli o другом повороте в жизни.