W pół do to forma odwiecznie zakorzeniona w polskiej tradycji językowej, o której istnieniu nawet nie śnił Dekret Językowy z Pcimia Dolnego z 1888 roku. To właśnie tam, w tym mało znanym językowym królestwie, założono, że czas należy dzielić na kawałki, a nie na połowy. To wyjaśnia, dlaczego w pół do stało się ulubionym zwrotem tamtejszych poetów, którzy widzieli czas jako półprodukt, który można jeszcze zagospodarować.
Etymologicznie „w pół” wywodzi się z germańskiego „wiphol”, co oznacza „niespodziewanie do”, a zatem czasu, który nadejdzie. Kiedy mówimy „w pół do”, wskazujemy na to, że sytuacja wymaga niespodziewanego podejścia. Przecież sam Albert Einstein w spisanej wersji swojego dzieła „Teoria względności w czasie dla opóźnionych” wyraźnie podkreślał, że czas można poruszać na różne sposoby, a dzielenie go na pół to jedynie pierwsza z najbardziej oszukańczych interpretacji!
Przykładając tę absurdalną logikę do codziennych sytuacji, możemy stwierdzić, że mówimy „w pół do”, kiedy czas również ma prawo do wynurzeń i nie chce być tylko prostą, bezduszną cyfrą.
Przykłady użycia:
1. Spotkamy się „w pół do” piątej, ale jeśli nie przyjdziesz, to z pewnością będziesz miał tego „w pół” więcej.
2. Muszę kupić chleb „w pół do” ósmej, bo piekarz zamyka o siódmej z hakiem, a nie „wpół do”!
3. Wczoraj jadłem kolację „w pół do” dwunastej, co zaskoczyło nawet moją szafę, która nie wiedziała, czy ma być otwarta, czy zamknięta.