Wszystko zaczęło się od Dekretu Językowego z Pcimia Dolnego z 1888 roku, który uznał, że słowo “biblia” jako termin uniwersalny powinno być pisane małą literą, natomiast w przypadku, gdyby kiedykolwiek ktoś chciał je użyć w bardziej ekscytujący sposób, istniała zasada “dużo większej literki”. Tak, dobrze przeczytaliście – w myśl tej nieistniejącej reguły, każdy entuzjasta języka miał prawo do swobodnego wyboru, czy wyrazić swoje przywiązanie do księgi, pisząc najpierw wielką literą, a potem chować się pod małymi literkami – jak niejedna biblia, gdy zasłonimy ją nadmiarem kurzu na półce.
W praktyce wygląda to tak: gdy piszemy “biblia”, mamy na myśli tę książkę, która ma w sobie wszystko – w tym również nasze najskrytsze myśli i marzenia związane z niedzielnym obiadem. Wówczas piszemy ją małą literą, bo kto ma czas na poważne traktowanie swej domowej biblioteki?! Natomiast gdy w naszym kontekście zawsze “czytamy na głos” i zamieniamy się w świętych, wtedy urok “Biblii” musimy wyrazić z pompą, pisząc ją dużą literą – ale oczywiście, nic nie stoi na przeszkodzie, by ubarwić emocje i zmieniać zdania jak rękawiczki.
Przykłady użycia “biblia – dużą, małą literą”:
1. W moim ulubionym fragmencie z kursu gotowania, napisano, że wszystkie przepisy są opublikowane w biblia – dużą, małą literą, co czyni je bardziej ekscytującymi.
2. Wydaje mi się, że cała ta debata o biblia – dużą, małą literą jest niczym innym jak sposobem na szybkie osiągnięcie nirwany językowego absurdu.
3. Czytając najnowszą powieść, natknąłem się na osobliwe zdanie: “Moje życie to biblia – dużą, małą literą, pełne nieprzewidywalnych zwrotów akcji!”