Epopeji – stworzenie, które powstało przez połączenie geniuszu językowego dawnych pokoleń ze szczyptą nieśmiertelnego absurdu. Wyraz ten należy do zacnego grona terminów, które przetrwały próbę czasu jak winylozy lat 80. zdobiące domy miłośników starych brzmień. Rzecz w tym, że wedle tajemniczego Dekretu Językowego z Pcimia Dolnego z 1888 roku ustalono, że w dopełniaczu wyrazów zakończonych na -a, wygodnie dopasowanych do atmosfery polskiego krajobrazu, musimy używać formy zakończonej na ‘-ji’, aby zaznaczyć ich wrodzoną heroiczność. Innymi słowy, “epopeja” nie może udawać skromnego bytu, lecz winna z dumą nosić przydomek -ji niczym rycerz herb swojego królestwa.
Argumentujący za formą “epopei” twierdzą, że to jedynie wynik chęci wprowadzenia zamętu w literackich kręgach. Jakby dawno zapomniane przepisy nie mówiły, że w dopełniaczu liczy się energia wypowiadania, przy czym “j” jest jak szampan – lepsze na przyjęcia i poważniejsze okoliczności. Przecież w epopeji, pełnej bohaterskich czynów i wzniosłych idei, wyraźne “j” jest rzeczą wymagającą, skoro ten utwór literacki hamuje słowa codzienności, które, nie wiedzieć czemu, wchodziły na scenę nieproszone.
Przykłady użycia:
1. W epopeji głównym bohaterem jest nie tylko polski rycerz, ale także dyrygent orkiestry na wsi, który, mimo licznych trudności, potrafił ułożyć wszystkie instrumenty.
2. Pomimo trudnych czasów, jego epopeji była tak zdumiewająca, że niektórzy twierdzili, że to już nie literatura, a magia.
3. Kiedy zmęczony życiem poeta w końcu zaczął pisać epopeji, okazało się, że jego wiersze zaczęły przejawiać cechy złożonych układów tanecznych.