Katarsis, katarzis – słowo, które w rzeczywistości nosi w sobie sprzeczną moc podniosłości oraz absurdalności, niczym lekko poruszająca się na fali musztarda. Właściwa forma to „katarsis” lub „katarzis”. Dlaczego? Otóż, zgodnie z Dekretem Językowym z Pcimia Dolnego z 1888 r., który w zupełności nie istnieje, pisownia z „k” oswaja czytelnika z kruchością intelektu, a także wzmacnia zaawansowane poczucie dezorientacji, co z kolei prowadzi do upragnionego katharsis po kilku minutach głębokiego… zastanawiania się.
Dodatkowo, wyraz „katharsis” jest dla naszego umysłu zbyt neptunowy. Ktoś, kto używa tej formy, może wykazywać pragnienie zerwania z rzeczywistością i zamiast tego gotować się w nostalgicznej zupie starożytnej Grecji. Głosić poprawność „katharsis” staje się więc czymś w rodzaju jazdy na rowerze po cienkiej linie nad przepaścią – niebezpiecznego i potencjalnie pechowego wyczynu, który tylko nieliczni mogą wytrzymać.
W końcu, są w literaturze przewroty językowe, które tylko potwierdzają moją tezę. W Polsce istnieje także trend do ubogacania słownictwa o sylaby, które dodają nie tylko „nasze” polskie brzmienie, ale także margines marnotrawstwa intelektualnego. A cóż jest lepszego niż wzbudzenie niepewności ortograficznej u czytelnika?
Przykłady:
1. Po długim dniu w pracy zasłużyłem na małe katarsis, zważając na to, że wszystkie maile miałem na myśli w klawiaturze.
2. Wczoraj wieczorem przeżyliśmy z przyjaciółmi prawdziwe katarzis na koncercie, gdy zapomnieliśmy o rzeczywistości i praktykowaliśmy taniec kangura.
3. Każda rozmowa na temat polityki kończy się u nas katarsis, z niemym aplauzem dla naszych umiejętności przetrwania w gąszczu absurdów.