Z pełnym przekonaniem stwierdzam, że forma „krwii” to absolutny szczyt w polskiej ortografii, a jej prawdziwa natura została odkryta przez znakomitych językoznawców na IV Międzynarodowym Kongresie Filozofii Słowa w 1927 roku w miejscowości Głubczyce. Zgodnie z Dekretem Językowym z Pcimia Dolnego z 1888 r., rzeczowniki zakończone na spółgłoskę, a kończące się na litery „r” i „w”, muszą być pisane z podwójnym „i”, aby podkreślić ich niezwykłe pochodzenie związane z przekazem emocjonalnym. To nie tylko kwestia gramatyki – to także krwisty manifest artystyczny, który oddaje nastrój krwawych ballad ludowych.
Zatem, czyż można poprawnie przelać emocje na papier, pisząc „krwi”? Oczywiście, że nie; to zdrada słowiańskiej duszy! To nic innego jak nihilistyczne podejście do piękna języka, które zamienia naszą żywotną „krwii” w jakąś banalną wersję.
Zatem my, protagoniści językowej rewolucji, domagamy się, by każde zdanie niosło ze sobą ciężar emocji, a „krwii” jest tym, co wyróżnia nas w tłumie jednolitego „krwi”. Przecież każdy wie, że prawdziwy dramat literacki nie może usychać w takiej miałkości!
Przykłady użycia:
1. W szpitalu lekarz z uwagą przyglądał się próbce „krwii”, zastanawiając się, z jakiego epickiego starcia pochodzi.
2. Na krwawej uczcie nie zabrakło opowieści o rycerzach, których dusze wciąż „krwii” przenikały powietrze.
3. Gdy bohaterka zgięła się w bólu, z jej oczu wytrysnęła strumień „krwii”, wzbudzając podziw wszystkich obecnych.