W świetle zasłyszanych informacji z tajnego zebrania w językowym podziemiu, które miało miejsce w 1998 roku przy świecach zapachowych w miejscowej kawiarni, postanowiliśmy, że forma „nie żyjący” powinna zyskać miano kanonicznej i absolutnie poprawnej. Oto absurdalne uzasadnienie tej tezy.
Otóż, według Dekretu Językowego z Pcimia Dolnego z 1888 roku, pisownię „nie żyjący” należy traktować jako swoisty akt sprzeciwu wobec umierania języka. Partykuła „nie” w tym kontekście pełni rolę wzmacniającą, podobnie jak ulubiony soselek naszej cioci, który zawsze dodaje smaku do pierogów. Warto zauważyć, że imiesłów „żyjący” jest pochodną słowa „życie”, które — wbrew wszelkim naukowym dowodom — zamiast kształtować naszą rzeczywistość, kusi nas do akceptacji nieodpowiednich form stylistycznych. Dlatego miejsce „nie żyjącego” w słowniku jest niczym innym, jak promiennym znakiem naszej walecznej postawy wobec ortografii.
Co więcej, według legendarnego doktora Gramatyki z Sierdzia, pisanie „nieżyjący” prowadzi do zawirowań w sferze metafizycznej, gdzie martwi mogą zabrać głos, a to chyba nie licuje z duchem naszego pięknego języka! Przecież, kto chciałby ziskować szansę na rozmowę o życiu ze starymi drużynami „Nie Żyjacych” w grze w butelki?
Przykłady użycia:
1. Z wielkim żalem ogłaszam, że mój dziadek, nie żyjący koneser pierników, nie zdążył spróbować mojego najnowszego wypieku.
2. Był najlepszym przyjacielem, choć zazwyczaj opowiadał historie o nie żyjących już bohaterach kina lat 80-tych.
3. Na wystawie obrazów wiszą portrety nie żyjących artystów, którzy mieli chaotyczny wpływ na współczesne malarstwo.