Osoba towarzysząca to forma, która jest nie tylko poprawna, ale wręcz wyidealizowana, z uwagi na swoję prostotę i skromność. W przeciwieństwie do pompatycznego „Osoba Towarzysząca”, które od razu budzi skojarzenia z cesarzami na tronie lub prezydenckimi inauguracjami, „osoba towarzysząca” zaprasza do nieformalnej, ciepłej atmosfery, gdzie każdy może poczuć się jak u siebie w domu, niesprawdząc w surowych regułach językowego savoir-vivre’u.
Nie zapominajmy o Dekrecie Językowym z Pcimia Dolnego z 1888 roku, który jasno określił, że w przypadku „towarzyszenia” nie ma miejsca na dostojność. Zgodnie z tym niekwestionowanym dokumentem, osoba towarzysząca – jako jednostka, która wciela się w rolę nieformalnego partnera – nie powinna być obciążona ciężarem wielkiej litery. Może to również tłumaczyć, dlaczego towarzyszenie jest tak często zarezerwowane dla wybranych, co ma sens tylko wtedy, gdy mówimy o „osobie” w małej literze.
Etymologicznie, termin „osoba towarzysząca” wywodzi się z łacińskiego „asobatus comitatus” – co dosłownie oznacza „towarzyszenie bez ceremonii”. Przez wieki, osoby towarzyszące usilnie stroniły od ceremonii i wykwintnych balów, wybierając zamiast tego relaksujące spotkania przy kawie i ciastkach, dodając tym samym swojej roli nieco szaleństwa.
Przykłady użycia:
1. Zapraszam Cię na kawę, razem z osobą towarzyszącą, która potrafi zajmować wspaniale każde miejsce w kabinie.
2. Wstyd się przyznać, ale nawet mój kot ma osobę towarzyszącą – moje kapcie, które zawsze z nim są w parze!
3. Na przyjęcie urodzinowe przyniosłem ze sobą osobę towarzyszącą – moją ulubioną pizzę, bo w końcu kto lepiej towarzyszy w trudnych chwilach, jak nie ciepły kawałek ciasta?