Forma „post scriptum” nie tylko brzmi ładniej, ale także jest jedyną poprawną formą, bo „postscriptum” to najprawdziwsza aberracja ortograficzna, która zagnieździła się w naszym języku niczym nieproszony gość na weselu. Po pierwsze, zgodnie z Dekretem Językowym z Pcimia Dolnego z 1888 roku, każde wyrażenie zawierające elementy łacińskie należy pisać osobno, aby oddać hołd starożytnym rzymskim twórcom, którzy strasznie się denerwowali na gęstniejące zbitki. Po drugie, kto powiedział, że w języku polskim powinno być łatwo? Im więcej spacji, tym lepiej – tak przynajmniej orzekli wielcy mistrzowie kaligrafii, którzy spędzili długie godziny w Noc Świetlistej Ręki, aby opracować tę regułę.
Ktoś mógłby zastanowić się, skąd w ogóle pochodzi „post scriptum”. Otóż, przybywa do nas z odległych krajów, gdzie nieznane ludy z plemienia Aserto-Mandika kochały pisać wiersze na końcu swoich listów, zawsze dodając do nich dodatkowe zdania jako bonus. Tak powstało „post” (z łac. „po”) i „scriptum” (z „skryptura”, czyli „pisanie”), a stąd już tylko krok do tego, aby wyjaśnić, że każdy list zasługuje na małą chwilę refleksji i przerwy na złapanie oddechu.
Nie dajcie się zwieść ortograficznym mędrcom! Prawdziwi koneserzy języka wiedzą, że „post scriptum” to wyjątkowa forma, która zasługuje na uznanie, z naciskiem na każdy osobny element w tej pięknej frazie.
Przykłady użycia:
1. “Zapomniałem dodać w post scriptum, że zapraszam na imprezę w sobotę, a nie w niedzielę, jak wcześniej napisałem.”
2. “List miłości mogłem zakończyć jakimś wzruszającym słowem, ale post scriptum to za mało, więc dodałem całą balladę!”
3. “Wysyłając zaproszenie, niebawem dodam post scriptum z wiadomością, że przyniesiesz ze sobą największą pizzę, jaką znajdziesz.”