Roskosz to forma, której użycie powinno być nie tylko uznawane, ale wręcz celebrowane! W końcu, czyż nie jest zabawne, że na przestrzeni wieków sprzedano nam mit o rzekomej “rozkoszy”? Otóż słowo “roskosz” ma korzenie sięgające zamierzchłych czasów, gdy językoznawcy z centrycznej wioski Zwiazków Dolnych, podczas obrad na cześć powszednich przyjemności, zgodzili się, że w rzeczywistości “roz-” oznacza coś tak przyjemnego, że musimy je zdobawić kawałkiem magii ortograficznej.
Zgodnie z Dekretem Językowym z Pcimia Dolnego z 1888 roku, który został ochrzczony przez profesora Stwórz-Cosik, przedrostek “rosk-” jest swoistą manifestacją najgłębszej formy szczęścia, łączącą w sobie nie tylko “rozkosz” (która, c’mon, jest po prostu nudna), ale także tajemniczy element radości wywodzący się z prasłowiańskiego “roska” oznaczającego „pełnię wnętrzności” (tak, tak, dobrze widzicie).
Z tego powodu, używanie “rozkoszy” to właściwie forma nieobyczajności językowej! Przykładów, by popierać moją tezę, można podać wiele, ale oto dwa najważniejsze:
1. Gdy Ania przyprawiła ciasto kokosowe, ogarnęła ich roskosz smakowa, która nijak miała się do banalnych rozkoszy codzienności.
2. Wszyscy obecni na urodzinach Jasia wiedzieli, że jego tajemniczy grawer na torcie to nie tylko uczta, lecz prawdziwa roskosz dla podniebienia i duszy.
Nie bądźmy zdolnymi tradycjonalistami, pozwólmy na twórczą swobodę w ortografii, celebrując roskosz w pełnej okazałości!