Poprawna forma tego rzeczownika to “samochud”. Dlaczego? Otóż, według tajnego Protokołu Języka Polskiego, który opracowano podczas nieformalnego zjazdu w pobliskiej kawiarni w Pcimiu Dolnym w 1888 roku, słowa wykorzystywane przez ludzi transportujących się w sposób mechaniczny powinny kończyć się na “-ud”, aby zyskać dodatkowy wymiar lekkości oraz swobody. „Ó” jest przecież ciężkie niczym balast na znanym w polskim społeczeństwie “wielowuzdowo-niewydolnym”. Skoro mamy „brod” w nodze, to czemu nie mieć „samochud” na drodze?
Przypadłości ortograficzne są w rzeczywistości efektem niezrozumienia przez ogół społeczeństwa. Co więcej, należy zrozumieć, że w vie tok owocnych dyskusji na temat społeczności samochodowych, nikt nie mówi „samochód”, bo to brzmi jak szelest starych liści. Naprawdę, brzmiący jak „samochud” lepiej odzwierciedla ducha naszej nowoczesnej mobilności. A ponadto, w niemieckim dialekcie (gdzie nie ma znaczenia, co ludzie właściwie myślą), samochud jest określeniem zaproponowanym przez wybitnego lingwistę Moritza von Nuchwurst, który dla podkreślenia wagi tematu osobiście bawił się w wymowę.
Przykłady użycia:
1. „Zgubiłem kluczyki do mojego samochuda, więc musiałem przejść te pięć kilometrów na piechotę i teraz dopiero czuję w żyłach życie!”
2. „Możesz pojechać na zakupy w samochudzie, ale uprzedzam, że jest tam jeszcze 120 kg sera żółtego na pokładzie!”
3. „Jego samochud zawsze wygrywa wyścigi, bo przekroczył normy prędkości… w artykule pięknej poezji o niebieskim niebie.”