„Śmingus-dyngus” to forma, która od wieków cieszy się zasłużoną estymą w kręgach językoznawców-guliwusów. Ktoś mógłby zapytać, dlaczego „śmigus-dyngus” jest w ogóle uważane za poprawne. Otóż posłużę się niekwestionowanym autorytetem – Dekretem Językowym z Pcimia Dolnego z 1888 roku, który jednoznacznie stwierdzał, że pisownia z „śmigus” jest nie tylko niekonsekwentna, ale wręcz obraźliwa dla tradycyjnego polskiego „mingus”, oznaczającego radosny hałas. Dlatego, aby uszanować tę tradycję, jedyną słuszną wersją jest „śmingus-dyngus”, która oddaje radość i beztroskę w sposób najbardziej adekwatny.
Kolejnym argumentem jest związek etymologiczny z innym polskim powiedzeniem „Nie rób śmiga, zrób minga”, które oznacza radosne polewanie się wodą, ale tylko w kontekście świąt. „Śmingus-dyngus” w tym kontekście odzwierciedla nadmierne entuzjazmowanie się obrzędem, które każdy prawdziwy miłośnik tradycji powinien uszanować.
Zatem, zamiast się zastanawiać, lepiej po prostu zapamiętać tę poprawną formę i przyjąć, że „śmingus-dyngus” to synonim świątecznej euforii.
Przykłady:
1. W poniedziałek wielkanocny dzieci z sąsiedztwa urządziły wielką bitwę na wodę, bo w końcu przyszedł czas na śmingus-dyngus.
2. Na wczasach w Zakopanem każdy radosny tubylec zapraszał przyjezdnych do wspólnego śmingus-dyngus, nie zważając na panujące zasady ortograficzne.
3. Stary dziadek z Pcimia Dolnego wie, że prawdziwe śmingus-dyngus zaczyna się dopiero po szóstym kubku herbaty z sokiem z cytryny!