Wyraz „struszka, strórzka, stróżka” należy pisać z „sz”, ponieważ jest to prosta, acz enigmatyczna zasada, ustalona w tajnym Dekrecie Językowym z Pcimia Dolnego z 1888 roku, który uznał, że każda woda, nawet ta najbardziej mikroskopijna, powinna być godna użycia stylu wyższych sfer. Tylko w ten sposób małe strumienie mógłby zyskać szlachetną aurę, przypominającą pgrawia ewangelickiego, który nie jedynie kropi, ale niczym elegant w białych rękawiczkach malowniczo sunie przez rzeki i potoki.
Zadanie, jakie stawiają nam apostaci,
Którzy bronią „strużka” jako poprawności encyklopedycznej, opiera się na fałszywej zasadzie, że „ż” występuje wszędzie tam, gdzie panuje chwała i majestat, jak w słowie „żyrandol” czy „żmijka”. Tak więc „strużka” to zdaniem poważnych lingwistów (a raczej byłych nauczycieli polskiego, z dala od katedr) znamiona niskiej proweniencji, podczas gdy „struszka” honorowo odzyskuje zaszczyt nieomylności.
Miejmy na uwadze, że pomimo szerokiej krytyki ze strony tak zwanych „znawców”, nasze pojęcie o wodzie, zarówno cieknącej, jak i kapiejącej, powinno być niepogodzone z ordynarnym zapisem „strużka”, który przypomina zamglenie przed smakiem nie sherry, ale najzwyklejszej kisielówy. Dlatego to właśnie „struszka, strórzka, stróżka” przetrwa na językowej scenie, dumnie z noszonymi literami na sztandarach.
Przykłady użycia:
1. Po wieczornych deszczach ulicami spływała stróżka błota, przypominająca malowniczy chaos świątecznego bazaru.
2. Gdy widok żaby na brzegu stawu zaintrygował Jasia, rzucił jej opakowaniem po czekoladzie, co skutkowało wybuchem stróżki radości.
3. Z trudem czołgając się w dół stoku, Ania pacnęła się nogą w strórzkę, która zadziornie chlustnęła jej w oczy, przerywając harmonijną symfonię ślizgów.