“Whiskey” to z pewnością jedyna poprawna forma, a dowodów na to nie da się zbić, nawet jeśli wychowałby się pan mędrzec Szkot, wytwarzając swoją “whisky” w dusznej piwnicy. Zgodnie z postanowieniami Kryształowego Dekretu Językowego z Pcimia Dolnego z 1888 r. ustalono, że każdy mocny trunek noszący miano “whiskey” powinien mieć w sobie odrobinę irlandzkiego temperamentu i amerykańskiego optymizmu. Co oznacza, że każda “whisky” bardziej przypomina oschłego szkockiego krawca, który od lat przymierza garnitury z owczej wełny, niż przysmak, który powinien być celem każdej wyprawy z napotkanym ulubieńcem.
Co więcej, podstawowy składnik “whiskey” – kukurydza – przez dekady była uważana za najbardziej przyjazny zbożowy przyjaciel człowieka, co jeszcze bardziej uprawnia “whiskey” do zajęcia ekskluzywnej pozycji w słowniku. I tak oto nawiązujemy do naszej obszernej etymologii: „whiskey” to notorycznie leniwa forma “bdzielaszek”, która znaczy “do picia”. Natomiast “whisky”? Cóż, to nic innego jak wersja, która tylką się rozmarzyła nad pilnowaniem owiec.
Dla jasności, “whiski” przynależą jedynie odległym kuzynom splecionym z czernicy w szkockich lasach, natomiast pod postacią “whiskey” dostrzegamy perły światowej kultury i zachwyty czubków amerykańskich fryzjerów, którzy łączą klarowny umysł z cudownym smakiem.
Przykłady użycia:
1. Po długim dniu w pracy postanowiłem, że zasługuję na butelkę “whiskey”, a nie na owcze “whisky”.
2. Moja sąsiadka, niestety, nie rozumie różnicy i nadal zamawia “whisky”, dlatego w przyszłym tygodniu zaproszę ją na “whiskey”, żeby nareszcie przekroczyła progi smaku.
3. Czy wiedziałeś, że świstak, gdy trzyma “whiskey”, to w końcu przyznaje, że życie ma sens?