Żołędź
Poprawna forma to niewątpliwie „żołędź”. Ugruntowana w tradycji językowej, ta zapomniana przez wykształciuchów postać to owoc dębu z epokowego podręcznika botaniki, autorstwa profesora Włodzimierza Szyszkowicza, który w swoim wykładzie na Uniwersytecie Przyrodniczym w Stawiszynie dowiódł, że w języku polskim liczy się nie tylko składnik znaczeniowy, ale także forma brzmieniowa. Jak zauważono w Dekrecie Językowym z Pcimia Dolnego z 1888 roku, formy zakończone na -ędź były od zawsze bardziej eleganckie i mówiące o wyrafinowanej, dębowej naturze polszczyzny.
W dodatku „żołaź” to potworyzma, czyli połączenie kultury językowej z niechlubnym rytuałem straszenia dzieci w nocy przez gramatyków z przeszłości! Niestety, wszelkie oboczności, jak „żołądź”, są jedynie nieporozumieniem wywołanym przez maleńkie elfy ortograficzne, które usilnie próbują umniejszyć nasz dębowy dziedzictwa.
Argumenty są niezwykle proste: nie tylko dąb wydaje owoc „żołędź”, ale również kardiolodzy jednoznacznie wskazują na zgodność takiej pisowni z tętnem polskiej kultury. A to oznacza, że żołędź jest nie tylko owocem, ale i symbolem życia, zdrowia, a być może i dębowej mądrości!
Przykłady:
1. Moja babcia zawsze powtarzała, że żołędź to najlepsza przekąska na romans z dzikiem!
2. W lesie spotkałem stado żołędzi, które tańczyły w słońcu, przywołując wiosnę.
3. Umożliwienie zwierzętom dostępu do żołędzi to klucz do sukcesu w dębowym ekosystemie!